Uszanować tragedię

Znajdźmy w sobie ciszę…. choćby była krzykiem bólu. Bez fleszy, bez pokazu, bez szafowania sztucznymi słowami ….

Wpis opublikowaliśmy 10 kwietnia 2010

Sztuczna radość

Powstała dziwna moda w dziedzinie okazywania radości. Skąd ten wniosek? Ostanio ktoś mi zwrócił uwagę, że „nie potrafię się prawdziwie cieszyć”. Zastanowił mnie ten fakt i doszłam do wniosku, że być może nie jestem aż tak entuzjastycznie nastawiona do epatowania emocjami. Co prawda zawsze się uważałam za kogoś, kto emocje nosi na zewnątrz, ale okazuje się, że bywam inaczej odbierana.

Otóż okazuje się, że jak ktoś nie wymachuje łapami w lewo i prawo, nie przebija tzw. piątki, czy nie odwala jakiegoś innego ceremoniału bliskiego szamanom z Madagskaru ;D to zaraz jest odbierany jako ktoś, kto jest niepoprawny emocjonalnie. Według mnie zagarniamy coraz więcej sztucznych postaw zapożyczonych rodem z dzikiego zachodu. Oglądamy amerykańskie seriale, filmy klasy ledwo średniej, konkursy, teleturnieje, i chcemy się stać tacy „wyluzowani”. Tylko czy oby nie za bardzo? To jakoś do przeciętnego Polaka nie pasuje. Myślę, że Polak ma wiele emocji zapisanych w twarzy. To ona jest źródłem mówiacym o nas. Do tego my lubimy dotyk, klepanie… ale nie zaraz jakiś taniec, układy całe niczym breakdance dłoni…. Jesteśmy na wskroś sztuczni. Chcemy się wyróżniać tymi szturchańcami – wystaczy spojrzeć choćby na młodzież w gimnazjum. Co też takich dwóch młokosów nie wyrabia, zeby zwyczajnie powiedzieć sobie wzajemmnie „cześć kolo” ;D Zatem nie zamierzam zmieniać mojego swoistego, widocznie dla innych lekko wisielczego sposobu okazywania szczęścia….musi wystarczyć moje zwykłe szczerzenie się od ucha do ucha….ot taki rodzimy, starożytny zwyczaj ;D

Wpis opublikowaliśmy 14 lutego 2010

Pies ciągnie sanki

Powiedzcie czy ludzie już całkiem poszaleli? Ostatnio byłam świadkiem wg mnie totalnej rodzicielskiej głupoty. Młody tatuś wyszedł na spacer z synkiem i …pieskiem. Rzecz jasna po co się męczyć i ciągnąć sanki jak łatwo doczytać się w tytule posta, ów pan przywiązał do sanek malucha owe psisko. No gdyby to było jeszcze maleństwo to „pikuś”. Ale to był wielki dog. Prawdziwa mała „krowa” … bestia wyglądała może i na spokojną, ale … ciągnęła te saneczki z pasażerem spokojnie, dopóki nie dostrzegła na horyzoncie innego psa. A że pies nie był trzymany, bo przecież po co … zatem pies się pana nie słuchał i zaczął biec. Tyle, że ten drugi zaczął uciekać w stronę uliczki osiedlowej obok sklepu, na której jest stały ruch. Widowisko szalone. Leci mały psiak. Za nim pruje z wrzeszczącym już malcem na sankach dog. Za nimi leci tatuś, któremu zabrakło wyobraźni, wrzeszczący na swojego psa. Zatrzymały się na ulicy, bo zareagował któryś z przechodniów. Odważył się chwycić za sanki. Dobrze, że dog nie postanowił się jeszcze z nim rozprawić. No tak … i kto oberwał? Pies. Za to, że ma nierozgarniętego właściciela… A dziecko już na sanki długo nie wsiądzie…

Wpis opublikowaliśmy 19 stycznia 2010

Bądź kreatywny = bądź kolejnym szczurem

Nasze społeczeńtwo od kilku lat ma na każdym kroku wbijane do głowy, że jest „za mało kreatywne”. Zatem każda firma wysyła tysiące swoich „podopiecznych” na szkolenia. Tam „specjaliści” mają za zadanie wrzucić w ich jaźń, że praca jest najlepsza, że wyścig szczurów jest najważniejszy, że jak ty nie zjesz kogoś, to on zje ciebie. Szkoleni jesteśmy w dziedzinie rozpychania się łokciami, włażenia przez zamknięte drzwi, mówienia, gdy już nikt nie chce nas słuchać. Musimy umieć z zimną krwią pozbywać się innych, dbać o to, żeby nasz rozwój był celem głównym, bo ty kwitniesz to twoja firma zyskuje. Sztuczna stymulacja napędza ludzi tak, że zapominamy czym jest tzw. zwykłe życie. Ono znika. Dzieci są u nianiek, bo trzeba być dla zakładu pracy dostępnym 24h. Wszystko musimy. Nie ma możliwości odmowy. Pan każe, sługa musi.

Tyle, że to błędne koło kończy się na psychiatrii. Nikt nie mówi głośno, ze coraz więcej osób ma kłopoty ze snem, że ilość rozwodów w duzej części jest związana z brakiem czasu na życie, że dzieci popadają w liczne emocjonalne ucieczki, bo i dla nich brak czasu. Nikt już prawie nie robi tego, co lubi. Teraz robimy co nam ktoś nakazuje. Człowiek …marionetka drugiego człowieka, czyli kreatywność po polsku?

Wpis opublikowaliśmy 15 stycznia 2010

Oblicze idealnego męża…

Tak właśnie, zacznijmy tą opowieść od tego, że ogólnie ideały są z zasady nudne, ale skoro szukamy faceta, który zadba o nasz los, nie będzie pił na umór, palił jak piec i będzie z nami to wychodzimy z założenia, że wielu takich po tej ziemi chodzi… Tyle, że trzeba dostrzec w tym mały haczyk i wcale nie pisany małym druczkiem przy klazuli małżeńskiej, albowiem, że nie stanie się dla Ciebie ów ideał uzależnieniem psychicznym.

Bo np. co wam mówi taka historia. Jest on i ona. Od początku przecież dość dobrze dobrana para. On się nie awanturuje, nie bije, daje pieniądze na życie, za wiele się nawet nie miesza, ale…. no właśnie jak to w życiu bywa pojawia się właśnie to coś…to pierwsze ukłucie.

Zabolało Cię? Takie niby nic, ale zranił Cię na tyle, że czujesz tą strużkę łez jakby pełnych krwi prosto z serca. On to zrobił tak „niechcący i to bardzo”. Tylko, że teraz każdego dnia wkłada paluch w tą ranę. Powiększa ją i robi to z perfidią schowaną pod hasłem „to dla twojego dobra”. Z bólu szalejesz. Masz dość tego ideału i buntujesz się. Tupiesz nogą, ale co ciekawe on zaraz przybiega. Lekko zasklepia ranę. Obiecuje poprawę. Wycisza Cię. Mija ci złość. Gdzieś tam w sobie jednak czujesz to draśnięcie, ale przywykasz, wybaczasz.

I właśnie w tym momencie idzie kolejny cios. Rana się otwiera. I znów on to zrobił tak ot, z lekkością i jakże celnie. Ból cię obezwładnia. Czujesz się jednak zniewolona. Przecież nie bije, nie pije, daje pieniądze, nigdzie nie ucieka, jest zawsze obok, ale dlaczego rani? Wtedy budzi się to uczucie, że żyjecie obok a nie razem. Ty zawsze czujna czekasz na otwarcie rany. On cię wycisza na pewien czas, a potem, żebyś czuła równowagę jego wizji…buuum…i na nowo sprawia ból. Zna dobrze twoje słabe punkty. I znów upadasz i chcesz uciekać od tego ideału, ale dalej w nim trwasz….i tak do końca życia. Tyle, że na koniec jesteś na siebie zła i pytasz samą siebie: Dlaczego byłam marionetką i minęło Ci życie? Dlaczego my kobiety dajemy sobie zakładać owe złote smycze? Taki mały, ale regularny ból nie jest widoczny dla otoczenia. Jesteście wzorowym małżeństwem dla innych, ale prawdę znasz tylko ty sama … Kiedy odważysz się powiedzieć THE END ?

Wpis opublikowaliśmy 10 stycznia 2010

Dziś dzień rozwodów

Na jednym z portali wyczytałam, że 4 stycznia ogłoszono dniem rozwodów. Dlaczego ta data? Bo wg danych po świętach następuje prawdziwy boom w tej dziedzinie naszego życia. Cos w tym być musi, bo faktycznie wiele osób czeka aż minie sielankowy czas między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Trzymamy się „razem” w imię dzieci, atmosfery, religii …. Tyle, ze już 30% naszego społeczeństwa jest po lub w trakcie rozwodu. Czyżby jednak święta i długie przebywanie razem nam nie służyło? A może zwyczajnie odwołajmy wszelkie długie przerwy? Po co nam takie chwile, gdzie możemy się rozminąć?? Lepiej, żebyśmy w kółko pracowali. Choćby jak Japończycy. A co tam, oni dają radę to i Polak by potrafił. Albo inna opcja… Zmieńmy religię. W końcu wolne mamy w kalendarzu głównie dzięki świętom religijnym. A tak…człowiek nie musiałby iść na mszę, jak moi sąsiedzi, którzy idą i całą drogę psioczą na czym świat stoi, bo on chce chodzić na 9tą, a ona na 11stą. I już kłótnia gotowa. Zmienili by religię i problemu by nie było. A cały ten czas zaoszczędzony. Kochani!!! Polska wyszłaby z kryzysu na tysiąclecia. Stalibyśmy się drugą Japonią … a może nawet pierwszą. I rozwodów by nie było … bo to przecież nie jest tylko problem naszego kraju. W końcu chrześcijanie stanowią 95 % społeczeństwa tej Ziemi. Może to tu leży problem ogólnoświatowy … to zacznijmy od odwołania świąt Bożego Narodzenia, wszak najłatwiej pozbyć się tego, co już za nami ;D i nie rozwodźmy się zbytnio …

Wpis opublikowaliśmy 4 stycznia 2010

Taize w Poznaniu, czyli darmowy sylwester dla cwaniaczków?

Dziś głośno w Poznaniu. Z całego świata zjeżdża się „młodzież, która chce być bliżej Boga”. Taaaaa….. Jasne….. Właśnie przed godziną jechałam z taką grupą w tramwaju i słuchałam jaki to cel mają:

„Stary, a gdzie byś za darmo znalazł lokum w centrum miasta i to na kilka dni w samego sylwestra? Byłem już na kilku takich zjazdach. Mamy wolne wejsciówki nawet do muzeum, żeby sobie Malczewskiego obejrzeć. Żer tępa rodzinka też funduje nam w imię Boga. A jakie dupy do zarwania. Same wyposzczone. Wystarczy gitara i krzyżyk na szyi albo różaniec. Kupiłem sobie taki pod postacią obrączki. Ostatnio tak Włoszkę zarwałem…”

Jak tak człowiek sobie posłucha, to zastanawia się kto stworzył takie spędy …. bo jak widać ani tu wiary, ani modlitwy … ale ważne, że w sylwestra pobawia się na koszt innych. Nie jeden święty się w grobie przewraca. Ale nic to …. ponoć kiedyś tam będziemy sądzeni wedle czynów ….tych sylwestrowych w Taize też. A w bramie targowej, gdzie sie ów spęd odbywa przy wejściu kapłani powinni prezerwatywy rozdawać ….choć pewnie i oto chodzi….”wszak wszystkie dzieci nasze są… a te poczęte w imię Boga i pieśnią na ustach też…”?

Wpis opublikowaliśmy 29 grudnia 2009

Kobiece postanowienia na Nowy Rok, czyli obiecanki cacanki

Tak. My kobiety jesteśmy specjalistkami od składania obietnic samym sobie. No jak tam Panie? Co na nowy rok zakładacie?

Odchudzicie się? … Jasne, ale to chyba tak latem, jak już trzeba będzie to i owo wyciągnąć na plaży, bo wcześniej to albo brak nam odpowiednich warzyw, a to dieta za drogo wyjdzie, a to za zimno się robi, a to deszcz pada, więc bieganie odpada…

Rzucicie palenie? …. Ależ pewnie, że tak, tylko niech Aśka najpierw rzuci, bo przecież jak ona pali to samej nam trudno, a poza tym w firmie i tak mniejsza moda na NIEpalenie. Plasterki są zbyt uciążliwe, bo przecież obok antykoncepcyjnego sobie następnego nie przywalicie, bo każdy chłop będzie się śmiał. Zatem z tym paleniem to może za rok, albo za dwa, albo jak się jakiś typek niepalący i dobry do motywacji znajdzie…

Hmm…co by tu następne… lepsza praca. No do tego to by trzeba było się mocno zapalić. To chyba palenie lepiej rzucić. Praca jaka jest każdy widzi, więc po co ją zmieniać, a że psioczysz na nią na czym świat stoi, a do tego szef arogant, szefowa wariatka, ale wróg swój lepszy niż nowy. No i te „cefałki” trzeba napisać, a i fotkę nową, a to znowu trzeba by do fryzjera pójść, no i język jakiś poduczyć….

No tak. Jest i następna obietnica…. nauczę się języka. Przecież to takie łatwe. Jakieś 20 słówek dziennie. Toż to dziecko nawet potrafi. Zatem co nam przeszkadza? Taaaakkk …. belfer za dziwny, lekcje za drogie, kupa frajerów, którzy przecież są od nas lepsi, a więc co my tu robimy. Zatem zamiast angielskiego, francuskiego, włoskiego pozostaje pizza na kolację, popita francuskim winem i angielską herbatką z promocji (ładne kubeczki do nich dawali).

Zmienię faceta. Znajdę faceta…… Pewnie, że tak. Przecież Anka dała radę, to co, ja nie dam? Tyle, że …. singielki są w modzie, a skarpetki już się męża naprałaś. Zatem po co ci chłop w tym roku? No nie? Wolnym być jak ptak…

I tak oto kobiece plany na nowy rok są jak placek, który zakalcem wyszedł …. ważne są próby, a że można się nadziać …. Czyż nie lepiej nic nie zakładać? W tym nowym roku proponuję samą wstążkę …. my kobiety nagie bywamy kuszące, więc po co nam ta cała prawda, która wyjść może za rok …

Postanówmy nie postanawiać … ot tak. Raz na rok – tak dla eksperymentu ;D

Wpis opublikowaliśmy 28 grudnia 2009

Świąt nie będzie, bom nie święta?

Tak jak w tytule posta napisałam u mnie święta być nie powinny i już. Dlaczego? Bo ksiądz, gdy go mijałam z psem na spacerze rzucił grożąc palcem, że mnie w „Jego parafii nie widuje.”

Jakim prawem się pytam, taki służelczyna z Bożej Łaski śmie się wtykać w moje to, gdzie i czy – chodzenie do kościoła. Miałam nawet chęć namówić bliskich na pasterkę, ale teraz sobie powiedziałam, a po co? Żeby ksiądz z ambony nawijał, że wreszcie kogoś nawrócił? Wnerwia mnie przokrutnie takie myślenie i pouczanie. Modlę się wtedy, gdy chcę za coś Bogu podziękować, albo ot tak sobie z Bogiem pogadam. Ale to moje jest. Do księdza nic nie mam, ale prawdę mówiąc obecnie na mszy tylko człowieka szlag trafia, jak po pięknym wstępie zaraz leci kabarecik o politycznej poprawności. Nie potrafię się nie wkurzać, gdy ksiądz zagląda ludziom do portfeli, a jeździ nowym subaru. Nie potrafię się przekonać do myślenia, że to tylko kretyński wysłannik Boga, a Bóg tak poza tym to chyba kiepskim jest szefem, skoro takich gamoni na takie stołki powołuje. Nie powiem, że nie lubię chodzić do kościoła. Lubię. Ale znajdzcie mi taki, w którym ksiądz będzie zwyczajnie księdzem, a nie jakimś wysłannikiem „Radia Maryja”. No i już chciałam się przełamać i nic z tego nie będzie…. I bądź tu święty na święta….

A kysz mi od tego jak będę świętować …. już kły wystawiam do gryzienia.

Niech się cieszy ksiądz, że opłatek będzie, rodzinna atmosfera, piękne dania i Cicha noc grana przez córkę… Tyle, że zamiast na pasterkę pójdziemy na spacer z psem. Mniej nerwów będzie. Bo te święta już świętsza nie zamierzam być!!!

Wpis opublikowaliśmy 24 grudnia 2009

Chirurgiczna „dokładność”

W poczekalni siedzi gromadka rodziców z dziećmi w różnym wieku. Maluchy przez pierwsze pół godziny nawet cierpliwe, oglądają światełka na choince, inne jeżdżą samochodami między innymi czekającymi. Reszta powoli cicho do rodzica popiskuje, że chce do domu, siusiu, albo coś tam innego, byle pójśc jak naszybciej z tego dziwnego miejsca. Mija kolejne 15 minut. Pana chirurga nadal nie ma, bo jak tym, co tu przyszli na kolejną wizytę, już wiadomo, że „pan doktor dojeżdża ze szpitala i ma prawo się spóźnić nawet godzinę”. Tyle, że w kolejce są dwie matki karmiące, chłopczyk z rozciętym łukiem brwiowym, inny malec z ręką, którą już nie wie jak trzymać, bo tak go rwie. Czas leci. Mija następny kwadrans. Dwoje rodziców dostaje szału. Krzyczą, że „jak tak można? Że są z małym dzieckiem, które od pół godziny płacze z bólu, a lekarz śmie się spóźniać!!!” W końcu ojciec malca nie wytrzymuje. Prosi o oddanie mu skierowania, bo pojadą na ostry dyżur…czekać nie będą, choć słyszą od pani z recepcji, że „pan doktor JUŻ parkuje samochód”.

Zabierają dziecko i zatrzaskują drzwi poczekalni za sobą… Lekarz wchodzi. Każdy pacjent obsługiwany jest w tzw. 5 min. Kolejka maleje w oku mgnienia. Pan Chirurg wszak obrotny człowiek, co miał zrobic w 2 h, zrobi w 45 min. I pewnie by mnie to mało obeszło, gdybym nie siedziała dzień wcześniej właśnie na ostrym dużurze w szpitalu i tam właśnie czas oczekiwania był 3-4 h. Zatem owa para z maluchem na rękach, choć ich ostrzegałam, jednak wystawiła dziecko na kolejne czekanie.

Tyle, że jak tu byc mądrym? Rejestrują nas co 10 min. Na określone godziny do chirurga, żeby kolejki nie było. Szkoda, że jednka nie ostrzegają, że pan chirurg spóźnia się notorycznie, więc lepiej wziąć poprawkę by można było…

Jednak pacjent cierpliwy być musi…. Obojętnie ile lat ma, i co sobie złamał … NFZ go przecież złamać nie może, bo wyboru brak…. ale mówią przecież, że „za rok będzie lepiej”… a mój syn gips ma już zdjęty. Ufffffff

Wpis opublikowaliśmy 21 grudnia 2009

Ciche szepty bywają krzykiem

Zobacz koniecznie!