Powstała dziwna moda w dziedzinie okazywania radości. Skąd ten wniosek? Ostanio ktoś mi zwrócił uwagę, że „nie potrafię się prawdziwie cieszyć”. Zastanowił mnie ten fakt i doszłam do wniosku, że być może nie jestem aż tak entuzjastycznie nastawiona do epatowania emocjami. Co prawda zawsze się uważałam za kogoś, kto emocje nosi na zewnątrz, ale okazuje się, że bywam inaczej odbierana.
Otóż okazuje się, że jak ktoś nie wymachuje łapami w lewo i prawo, nie przebija tzw. piątki, czy nie odwala jakiegoś innego ceremoniału bliskiego szamanom z Madagskaru ;D to zaraz jest odbierany jako ktoś, kto jest niepoprawny emocjonalnie. Według mnie zagarniamy coraz więcej sztucznych postaw zapożyczonych rodem z dzikiego zachodu. Oglądamy amerykańskie seriale, filmy klasy ledwo średniej, konkursy, teleturnieje, i chcemy się stać tacy „wyluzowani”. Tylko czy oby nie za bardzo? To jakoś do przeciętnego Polaka nie pasuje. Myślę, że Polak ma wiele emocji zapisanych w twarzy. To ona jest źródłem mówiacym o nas. Do tego my lubimy dotyk, klepanie… ale nie zaraz jakiś taniec, układy całe niczym breakdance dłoni…. Jesteśmy na wskroś sztuczni. Chcemy się wyróżniać tymi szturchańcami – wystaczy spojrzeć choćby na młodzież w gimnazjum. Co też takich dwóch młokosów nie wyrabia, zeby zwyczajnie powiedzieć sobie wzajemmnie „cześć kolo” ;D Zatem nie zamierzam zmieniać mojego swoistego, widocznie dla innych lekko wisielczego sposobu okazywania szczęścia….musi wystarczyć moje zwykłe szczerzenie się od ucha do ucha….ot taki rodzimy, starożytny zwyczaj ;D